Szkoła Podstawowa

Historia powstania szkoły w Boguszewie splata się z ogólnymi losami wsi. Pruski Bank Kolonizacyjny budując wieś, nie zapomniał o wyposażeniu jej w podstawowe budynki świadczące usługi, w tym także edukacyjne. Wybudowano piękny, jak na owe czasy budynek, w którym miały uczyć się dzieci wyznania ewangelickiego.

Początkowo była to niemiecka szkoła dwuklasowa w której nauczali dwaj nauczyciele. Uczęszczały do niej dzieci z Boguszewa, które uczyły się w niej języka niemieckiego, matematyki, historii, geografii, przyrody, rysunków i śpiewu. Wraz z odzyskaniem wolności w 1920 r. szkoła niemiecka stała się szkołą polską. W języku polskim nauczano wówczas religii, a później stopniowo innych przedmiotów, tj.: języka polskiego, matematyki z geometrią, przyrody, geografii, historii, gimnastyki, a dziewczynki robótek ręcznych. Kierownikiem dwuklasowej Publicznej Szkoły Powszechnej, do której chodziło około 60 do 80 dzieci, został nauczyciel Alojzy Firyn pochodzący z Galicji. Był on wielkim patriotą i społecznikiem, inicjatorem wielu wydarzeń w przedwojennym Boguszewie. Kierownikiem był aż do roku 1938, kiedy to został przeniesiony do Nicwałdu. Niestety, wraz z wybuchem wojny podzielił los wielu innych mieszkańców i został umieszczony w obozie koncentracyjnym, z którego już nie powrócił.

Od roku 1938 do wybuchu drugiej wojny światowej szkołą kierował Pan Edward Kreft.

W latach 1939-1945, polską szkołę zmieniono w niemiecką, a jej kierownikiem został Ludwik Esterlein. Uczęszczały do niej dzieci z rodzin niemieckich oraz rodzin polskich, ale tylko tych, którzy wywodzili się z Pomorza i dawnego zaboru pruskiego. Dzieci osadników nasiedlonych po 1922 roku z terenów innych zaborów nie miały prawa uczęszczania do placówki. Uczyły się w domach od starszej młodzieży.

W styczniu w 1945 roku  Boguszewo zostało wyzwolone spod okupacji Niemiec. W kwietniu tegoż roku, dzięki p. Osińskiej otwarto we wsi polską szkołę. Pierwszym jej kierownikiem stał się Józef Pańka, a w 1946 r. ponownie Edward Kreft.

Po wojnie w Boguszewie przybywało ludności, a więc i dzieci. W związku z tym w 1966 roku podjęto decyzję o rozbudowie szkoły. Wybudowano nowy pawilon szkolny i odtąd lekcje odbywały się również w nowym budynku.

Wspomnienia córki Firynówny…

Wojna wybuchła. Wszystko miałam spakowane, ojciec wcześniej przygotował. Wielki kosz, wszystko tam było włożone, zastawy i srebro spakował i wysłał to do Gąsiorowskich, do Strzelna. Do moich rodziców. Taki był straszny tłok na kolei, podróżowała ta paczka, ale nie doszła. Potem posłali do Nicwałdu, do ojca zawiadomienie, że nie wiedzą, gdzie to wysłać. Albo to Niemcy rozebrali, albo Polacy, albo już nie wiem. Zanim wojna wybuchła, nauczyciele dostalitrzymiesięczną odprawę i ją dostałam od ojca (męża). Pociągiem jechałam z dziećmi, a cały majątek wozem. Cała bielizna, dziadka futro, moje futro, piękne futro miałam, z popielic. Mama też miała futerko i wujek Jurek też. Ja z dziećmi pojechałam do Strzelna, a ojciec (Babci mąż, Alojzy – dalej tak samo nazywa go Babcia ojcem) odczekał. Jako nauczycielowi nie wypadało mu uciekać – tak uważał. I jak mobilizacja wybuchła, to Helka, pomocnica taka, spakowała ojca i on na wozie … Konia i ten wóz, jak mi się wydaje, oddał nauczycielowi, który tam przed nami mieszkał i miał starą teściową i dla niej ten wóz … I ta bryczka i koń dostał się do wsi, tam do Helki, na majątek do Niemca. I krowy dwie i wszystko. Jak Niemcy weszli, to już zbombardowane było. Nic nie zostało. Ojciec tego szukał potem. Ojciec wrócił do Nicwałdu, kupił rower i nim dostał się do Strzelna. Mieszkaliśmy u moich rodziców. Zostało wydane takie rozporządzenie, żeby wszyscy nauczyciele się zgłosili na swoje miejsca i dostaną posady normalne. Ojciec pojechał do Nicwałdu, tam było już zbombardowane i się zgłosił. Mówił, że nic mu nie zrobią, że go nie zabiją przecież. Wiem, że raz pojechał do Grudziądza, tam ciotka Ludwika miała sklep kolonialny i kamienicę. Dostali wtedy mieszkanie zastępcze, ale ciotka Ludwika dalej pracowała w sklepie. Tam był też wujek Bolek, jego brat, był mecenasem, był bystrzejszy, widział co się święci,zobaczył żandarmerię i uciekł drugimi drzwiami.Niemcy szukali mężczyzn, zabrali mojego męża. Najpierw był w więzieniu w Grudziądzu, potem go do Niemiec zabrali i do Dachau.

Ze wspomnień wujka Zbyszka Radackiego (siostrzeniec Dziadka) wynika, że Niemcy szukali Bolesława, brata Alojzego, który był adwokatem w Grudziądzu, oraz że aresztowanie Alojzego uratowało życie Bolesławowi. Dziadek nie obawiał się Niemców, wylegitymował się i spokojnie poszedł z nimi na posterunek. Uważał (jak wielu Polaków w tym czasie), że wojsko niemieckie – a znał je z I wojny światowej – przestrzega zasad i prawa międzynarodowego. Skoro nic nie zrobił Niemcom, oni też mu nic nie zrobią.

Z listów pisanych po niemiecku blankiecie więziennym (mógł je wysyłać co cztery tygodnie) widać ogromną miłość do Babci (zawsze nazywał ja Ellą), troskę o jej zdrowie i zdrowie dzieci i całej rodziny. Pytał w listach o teściów i małą Ewę (bratanica Babci), braci Babci i jej wuja Feliksa, czyli wszystkich, którzy wówczas mieszkali w Strzelnie. Korespondencję od Babci dostawał na pewno będąc nawet w Mauthausen – w swoich listach nawiązywał do otrzymanych informacji, jak choćby pytając o szwagra w Skulsku (mieszkał tam z rodziną starszy brat Babci, wyrugowany z majątku w Trlągu przez Niemców). W liście z więzienia w Grudziądzu ze stycznia 1940 wydawał nawet dyspozycje, co do sprzedaży konia, którego zostawił u sąsiada w Nicwałdzie: mnie ten koń kosztował 24 złote więc powinien zapłacić co najmniej 120 marek. Z więzienia udało mu się przemycić jeden list – przynajmniej jeden jest w naszym posiadaniu. Być może jest najpóźniejszy – pisał w nim o bliskim przewiezieniu do łagru: Wczoraj spisano mnie i kilku innych, jakie oczy, usta, włosy, ubranie itd., to pachnie do łagru, tylko nie wiadomo kiedy. List był adresowany do jego siostry, Ludwiki, dlatego pisał wprost o swoich podejrzeniach przewiezienia do obozu, i prosił siostrę: Jak mnie wywiozą, to możesz Elli tak mądrze nadmienić, tylko niech się nie przejmują, bo nie warto. Mimo paczek żywnościowych, otrzymywanych od rodziny, bardzo był już wychudzony, skoro prosił o agrafki i pasek, jak żartował – w obawie przed opadnięciem spodni. List pisał chyba w lutym – żeby już tylko mróz chciał się skończyć.

W listach do Babci nigdy nie pisał ani o mrozie, ani o swoim zdrowiu. Zawsze martwił się nie o siebie, ale o kochaną Ellę – jej zdrowie – i dzieciaczki – jak sobie radzą. Starania rodziny i znajomych o zwolnienie z więzienia nie dały skutku, podobnie jak ich poświadczenia, że przed wojną nie zachowywał się wrogo wobec Niemców. W tym czasie Babcia zrobiła sobie z dziećmi (Urszula i Jerzym) pamiątkowe zdjęcie, żeby przekazać je mężowi do więzienia.

Ostatni list z więzienia w Grudziądzu jest datowany na 11 lutego 1940 roku. Po pięciu miesiącach przyszedł list z Mauthausen. Nie wiem, czy Babcia w międzyczasie miała jakieś informacje o nim i miejscu jego pobytu, nie wiem dlaczego uważała, że z Grudziądza przewieziono go do Dachau.

Alojzy Firyn w jednym z pierwszych transportów, jako więzień polityczny z numerem 1435, trafił do Mauthausen Gusen, do bloku nr 6, sztuba nr 2. Czy faktycznie między więzieniem w Grudziądzu a Mauthausen był w Dachau, jak mówiła Babcia – tego nie wiemy. W lipcu 1940 roku, a więc trzy miesiące po założeniu obozu, przysłał pierwszy list z Gusen. Jak w poprzednich – nie pisał o sobie, pozdrawiał rodzinę, martwił się o zdrowie bliskich pozdrawiał też Stehlów i Thomanków – znajomych, którzy poświadczali o jego neutralnym nastawieniu do Niemców. Czy to oznacza, że próbowali mu jeszcze pomóc, gdy już był w obozie? Czy to może znak dla rodziny, żeby tamci nadal się starali? Listy od rodziny dostawał, zawsze za nie dziękował i za przysłane pieniądze – czy je naprawdę otrzymywał, czy tylko więźniów informowano o przesyłkach, tego nie wiem. Od sąsiada ze wsi, który wrócił z obozu do domu (podejrzewano go o podpisanie volkslisty, został zamordowany pod koniec wojny, prawdopodobnie przez żołnierzy z polskiego podziemia) rodzina dowiedziała się, że Alojzy jest już słaby i dlatego należy mieć nadzieję, że Niemcy wypuszczą go z obozu. Człowiek ten opowiadał też, że Dziadek Alojzy zawsze upominał współwięźniów, żeby pisali normalne listy do domu – oni tam i tak mają dość zmartwień.

13 lipca 1941 roku przysłał ostatni, bardzo krótki list: Ukochana Żono, Kochani Teściowie i Dzieciaczki! Twoje listy – moja kochana i przekaz pieniężny otrzymałem, za co wielkie dzięki. Jestem zdrów i tego samego Wam życzę. To ładnie, że dzieci są zatrudnione i pracują pilnie. Uściskaj ode mnie naszą małą Ewę do matczynego serca. Serdeczne ucałowania i pozdrowienia dla wszystkich.

Dwa tygodnie później już nie żył – 30 lipca jest datowane oficjalne pismo do Babci z informacją, że Alojzy Firyn zmarł 28 lipca 1941 roku na chorobę płuc. Z dokumentów otrzymanych w tym roku wiem, że zmarł o godzinie 6.15 Dziś wiemy, że tego dnia wyjątkowo wielu więźniów zmarło nagle na różne dolegliwości, była to więc raczej likwidacja dużej grupy więźniów. Urna z jego prochami spoczęła w niszy zbiorowej nr 2 na cmentarzu w Steyer k. Gusen. Babci starania o odzyskanie prochów męża nie dały rezultatu – odpowiedziano jej wprost, żeby nie pisała, bo nie będą odpisywać. Kuzynka Babci (siostrzenica Marii Gąsiorowskiej z domu Ruoss, Helena Posłuszna) przebywała podczas okupacji na robotach w Austrii. Odwiedziła cmentarz w Steyer i napisała:

Cały dzień szukałam, z jednego urzędu do drugiego, z jednego cmentarza do drugiego. Dopiero pracownicy krematorium zaprowadzili mnie na to miejsce. Opiszę ci, jak wygląda. Otóż na około cmentarza jest postawiony mur z cementu, w którym znajduje się pełno małych nisz wielkości urny. W części starej cmentarza, a istnieje on dopiero od 29 roku, z lewej strony znajduje się ta wspólna nisza. Jest ona wielkości 1m na 70cm na której nie ma żadnego napisu. Czysta, gładka płyta marmurowa. W wewnątrz niszy znajduje się masa uren, przy których znajdują się dokumenty zmarłych.

Kilka lat po wojnie, na kolejną próbę odzyskania urny wyjaśniono, że nie odebrane wcześniej urny z prochami więźniów złożono we wspólnej mogile. Prochy Dziadka zostały w Austrii. Babcia nigdy nie wystąpiła o odszkodowania wojenne – nie będę kupczyć śmiercią męża.

Poniżej prezentujemy fotografie Alojzego Firyn, Aojzego Firyn wraz  z żoną Elżbietą oraz ujęcie budynku szkoły:

Poniżej świadectwa (skany) z okresu szkoły przedwojennej: