NA PODSTAWIE PAMIĘTNIKÓW MARCINA FUSZARY, SPISAŁ MIŁOSŁAW FUSZARA (fragment)

…………………………
Tymczasem Marcin zaczął rozglądać się za innym miejscem do życia. Na Pomorzu, niedawno wyzwolonym z niemieckiej władzy, Niemcy sprzedawali swoje gospodarstwa, ale sprzedawali tylko za dolary, bo marka stawała się coraz bardziej niepewną walutą, a sprzedając, oszukiwali nierzadko chłopów polskich, biorąc pełną cenę za gospodarstwo obciążone długiem pożyczki bismarckowskiej, za tzw. gospodarstwa rentowe, którą to rentę jeszcze przez długie lata mieli chłopi spłacać w zbożu i złotych polskich.

Szczęśliwym dla Marcina trafem przyjechał ze Stanów Zjednoczonych reemigrant, Walenty Hapak i spodobało mu się marcinowe gospodarstwo. Synom Hapaka spodobała się najbardziej łaźnia, którą Marcin wybudował na środku podwórza po powrocie z Rosji: oto w małym domku drewnianym o jednospadowym dachu wymurował w ziemi dużą wannę i doprowadził do niej gorącą wodę rurami z kuchni, gdzie nagrzewała się w kuchennym palenisku i zbierała w zbiorniku. Budyneczek łaźni zachował się jako składzik na narzędzia do lat osiemdziesiątych, pięćdziesiąt lat przetrwała też marcinowa stodoła, tyle, że postawiona na nowo przez Hapaków, bo ją rozwaliła jakaś straszna wichura.

Tymczasem na Pomorze wyjechało już kilka rodzin z Potoka. Pewien znajomy napisał do Marcina, że mu znalazł ładny folwark obok swego, za Grudziądzem, po lewej stronie Wisły. Trzeba było jechać, obejrzeć. Uradzono, że pojedzie Marcin z Kasią.

Gdy pociąg zatrzymał się we wsi Boguszewo, na kilkanaście kilometrów przed Grudziądzem, Kasia wyglądając przez okno ujrzała Henryka Gąskę, tego samego, który był gospodarzem w pierwszym spółkowym sklepie w Potoku. Gdy Gąska ich zobaczył, prawie siłą wyciągnął ich z pociągu i nie pozwolił jechać dalej.

Marcin i Kasia szli od stacji kolejowej słuchając zapewnień Gąski, że on już tu całą okolicę zwiedził i że nigdzie nie jest tak pięknie, jak w Boguszewie, a przy tym nie brak dobrych gospodarstw, które Niemcy chcieliby sprzedać. Było w czym wybierać.

Poszli do gospodarstwa Gąski a tam Niemiec, od którego Gąska odkupił właśnie gospodarkę, urządził pożegnalną zabawę. Naschodziło się młodzieży niemieckiej i tańczono przy dźwiękach pianina a Polacy się przyglądali. Gdy zrobiono przerwę, żeby porozmawiać, Kasia, która nauczyła się u stryja Jana grać ze słuchu na fortepianie dwie polki i trzy walce, siadła i zagrała. Wszyscy skoczyli do tańca: teraz już i Niemcy i Polacy. Nawet Marcin dał się porwać jakiejś starszej Niemce i parę minut przetańczył.

Nazajutrz poszli wybrać gospodarstwo. Od razu jedno im się spodobało. Położone w środku wsi, miało obszerne zabudowania połączone w kształt odwróconej litery L, które otaczały z dwóch stron najładniejsze we wsi podwórko, całe obsiane trawą, z sześcioma klombami kwiatowymi i siedmioma drzewami owocowymi. Dłuższe ramię litery L stanowiła stodoła, która szczytem dotykała drogi obsadzonej po obu stronach ogromnymi, starymi lipami. Wielkie, rozsuwane na rolkach wrota stodoły wychodziły w prawo na podwórze i w lewo na polną drogę, biegnącą za zabudowaniami wzdłuż sadu i ogrodu i prowadzącą od drogi do łąki i ugoru nad strumieniem, w którym roiło się od pijawek. Stodoła łączyła się z wozownią, obok której była kuźnia i stolarnia, wszystko pod jednym dachem. Wozownia była tak obszerna, że żadna maszyna rolnicza nie musiała stać na dworze i miała także wrota na rolkach otwierane na przestrzał. W narożu mieściła się stajnia, obora i owczarnia, obok której był ustęp. W prawo przechodziło się do chlewu, przy którym był drugi ustęp. Jeszcze dalej w prawo była sień z piecem chlebowym i parnikiem. Z sieni można było wejść na strych, zejść do piwnicy, wejść do służbówki, wyjść na podwórko lub przejść dalej, do kuchni.

Kuchnia była początkiem domu mieszkalnego, do którego było, oczywiście, jeszcze parę wejść: od podwórza i od ogrodu. Od podwórka wchodziło się do korytarza, z którego drzwi w lewo prowadziły do wspomnianej kuchni, zaś w prawo do pokoju reprezentacyjnego, w którym przyjmowało się gości. Za tym pokojem były jeszcze dwa w amfiladzie. Na wprost, z końca korytarza, wchodziło się do małego saloniku z wyjściem do ogrodu, zaś za kuchnią były jeszcze dwa pokoje: pierwszy, ciemna komora, za którą ostatni, szósty pokój, w którym na starość mieszkał Marcin z żoną. Te dwa pokoje obok kuchni nie miały połączenia z sienią, chyba, że przez kuchnię i były pierwotnie przeznaczone dla służby i robotników rolnych.

Gospodarstwo sprzedawał Oswald Lubnau. Był to stary kawaler, zamieszkujący tylko z rodzicami i całkowicie podporządkowany matce, która o wszystkim decydowała. Po długich targach uzgodniono cenę prawdziwą w dolarach, do zapłacenia, i w markach, celem wpisania do kontraktu. Zawarto w Grudziądzu wstępną umowę i Marcin zapłacił Lubnauom zadatek, który sam otrzymał od Hapaka za swoje gospodarstwo. Ściągnął do Boguszewa syna Jana, żeby pilnował jego interesów ,kupił jeszcze za 120 dolarów pianino, na którym Kasia grała u Gąski biorąc w tej cenie także warsztat stolarski i wyjechał z córką do Potoka sprzedać ostatecznie swoją ziemię.

Dnia 8 marca 1922roku w domu Marcina na Radwanówce w Potoku Wielkim zebrali się przed notariuszem z Kraśnika, Józefem Wisłockim, Stanisława i Marcin Fuszarowie, Walenty Hapak i świadkowie: Aleksander Pęzioł  i Andrzej Cycak i sporządzono akt kupna-sprzedaży 17 morgów gruntu w dwóch kawałkach oraz 4 morgów i 150 prętów przymiarku z domem mieszkalnym i wszystkimi budynkami gospodarczymi, inwentarzem żywym i martwym, ruchomościami domowymi, ulami z pszczołami, sadem z płotem oraz prawa do czwartej części siewnika i czwartej części pieca wapiennego, wyłączając: jedną krowę, trzy ule, maszynę do szycia, naczynia kuchenne, trzy konwie na mleko, pościel i odzież, len i płótno gotowe oraz wszelkie książki i obrazy. Nadto Fuszarowie zastrzegli sobie prawo do mieszkania i korzystania z budynków i inwentarzy do 1 kwietnia. Podano cenę umowną na 6milionów marek.

Mimo, że cała rodzina w szalonym tempie pakowała dobytek, Marcin, nie dowierzający zbytnio Niemcom, jeszcze ponaglał i doprowadził do tego, że już dwunastego mogli wyruszyć na kolej do Rzeczycy. Tu zdarzył się drobny wypadek: dziewięcioletnia Marysia zemdlała z przerażenia na widok wjeżdżającego na stację pociągu.526

Od wyjazdu Marcina z Pomorza minęło już dziesięć dni i stara Niemka zaczęła się niecierpliwić. Kazała zamknąć pokój, w którym mieszkali oczekując na resztę pieniędzy i wszyscy troje pojechali do Grudziądza unieważnić umowę. Na szczęście tego samego dnia, 13 marca, przyjechał Marcin i dowiedziawszy się wszystkiego od syna Jana, pognał za Niemcami w towarzystwie małżonki.178

W Grudziądzu, przed Niemcem, Alfredem Pantenem, rejentem polskiego Sądu Apelacyjnego w Toruniu został spisany, na żądanie Lubnaua po niemiecku, kontrakt kupna sprzedaży. Ponieważ żadne ze współmałżonków Fuszarów nie rozumiało po niemiecku, obecny był tłumacz sądowy Leon Hermann. Według tego dokumentu małżonkowie Fuszara nabyli w równych prawach i częściach nieruchomość która jest około 95 mórg wielka i jest ziemia dobra, jak stoi i leży: Boguszewo, powiat Grudziądz, karta 13. Zarazem nabyli wspólnie żywy i martwy inwentarz wraz z zapasami, wyceniony odrębnie na 5 mln marek. Cena kupna wyniosła 8,5 mln marek i suma ta obejmowała hipotekę pożyczkową zapisaną dla Bauernbanku lub na Skarb Państwa Polskiego w kwocie 4500 mk z odsetkami, płatnej od 1 kwietnia 1922roku oraz rentę w kwocie 1176 mk rocznie, płatnej według obowiązującego kursu marki, podanego przez Okręgowy Urząd Ziemski wPoznaniu.178

Dziwnie wygląda tłumaczenie dokumentu Nr 715 według rejestru notarialnego na rok1922, sporządzone przez Leona Hermanna po polsku, potwierdzone za zgodność po niemiecku przez notariusza Leona Pantena i opatrzone jego pieczęcią z polskim orłem!

Wprawdzie Niemcy zapewnili sobie w umowie możliwość zamieszkania w Boguszewie do 15czerwca, jednak po odebraniu od Marcina reszty należności w dolarach nie wrócili już z Grudziądza i w tydzień później Marcin zaprosił sołtysa, by w jego obecności otworzyć drzwi pokoju, zamknięte przez byłych właścicieli. A tam znaleźli tylko dwa stare łóżka i małe, puste biureczko. Dlaczego stara Niemka zamknęła ten pokój i zabrała klucz, nie wiadomo. Może była to zwykła złośliwość?

Na nowym miejscu zrobili sobie rodzinne zdjęcie przed wejściem do domu od podwórka. Fotograf z Grudziądza, pieczętujący się niemiecką pieczątką, uwiecznił wszystkich, oprócz Jana. Są więc na tej pożółkłej fotografii: Marcin, wówczas lat 51 z żoną Stasią, ich najstarszy syn Stefan, lat 27 z żoną Stasią, Katarzyna, lat 25 z Józefem Syczem, swym przyszłym mężem, Aniela, lat 22,dwudziestoletnia Jula, osiemnastoletni Ludwik, czternastoletnia Hela, jedenastoletni Staś, dziewięcioletnia Marysia, siedmioletnia Zosia i trzyletnia Lunia.
……………………………………………..

Na zdjęciach poniżej Rodzina Fuszarów oraz na kolejnym zdjęciu Marcin Fuszara (trzeci od lewej) i Franciszek Brochocki (6 od lewej stoi) w Sejmiku Powiatowym Janów Lubelski 1922r. czyli tuż przed przeprowadzeniem się do Boguszewa.